Poprzedni temat :: Następny temat
Pewnego dnia obudził się we mnie duch przekory...
Autor Wiadomość
Ama 
Czas na kawkę ;)



Wiek: 51
Dołączyła: 25 Kwi 2010
Posty: 2722
Skąd: Kraków i nie tylko
  Wysłany: 2010-05-10, 15:16   Pewnego dnia obudził się we mnie duch przekory...

:mlotek: :rafi: CZY NAPRAWDĘ KTOŚ CHCE TE BREDNIE CZYTAĆ???!!!
No chyba, że nie ma nic lepszego do roboty. No ale niech tam...


Jak pierwszy Prapusz osadził się na puszczy, a za nim inni ludkowie i stworzyli wioskę.

Drzewa spokojnie kołysały się wzdłuż wybitego kopytami i stopami duktu. Wóz skrzypiał niemiłosiernie, wół sapał, a siedząca na tobołkach starucha podśpiewywała fałszywie. Prapusz nie poganiał wołu, nie uciszał też teściowej. Myślał.
Opuszczenie zatopionej wioski na bagnisku było jedynym rozwiązaniem i ani myślał żałować decyzji. Niech sobie inni odbudowują chaty i walczą z błotnistą mazią po to tylko, by Bobrowa Stań znowu tętniła życiem póki... po raz kolejny ulewne deszcze do spółki z bagnem ne zniszczą wszystkiego. Prapusz spojrzał na rodzinę i westchnął. Miał już im coś powiedzieć, widząc smętne miny syna, córki i żony. Ale zrezygnował w jednej chwili i zatrzymał wóz. Dostrzegł całkiem interesującą polanę, niewyraźnie prześwitującą zza drzew. Poszedł w jej kierunku. Wysoka trawa omiatała mu stopy, brzozy kołysały się z lekka, chłodząc połać śródleśnej ziemi. Polana była duża, z rzadka porośnięta krzakami jeżyn. Prapusz obszedł ją dookoła. Za polaną był jeszcze spory kawał lasu, łagodnie schodzący w dół, do niedużego jeziora. Wokół, nie licząc ptactwa, żywego ducha. Prapusz zatarł ręce i uśmiechnął się zadowolony.
Nazajutrz z synem wbijali pierwsze słupy pod budowę chaty na krańcu polany, niedaleko połyskującego w słońcu jeziora.

Chata, drewniana i ogacona mchem, skromne obejście z niedużą szopą i stajnią radowały serce Prapusza. Zadowolona była także jego żona, odkrywszy zasobność okolicy w owoce i zioła. Syn Prapusza, Ziemek, przynosił co dnia ryby złowione w wodach jeziora. Przydawało się sitowie, trzcina, łyko brzozowe. W pobliżu polany Prapusz odkrył kilka sporych barci, dziką jabłoń i leszczynę. Miejsce jawiło się jako raj! Ale jak to z rajem bywa, przyciąga on i inne błąkające się duszyczki. I nie minęło dni sto, a na polanie stanął rosły, ogorzały człek i pozdrowił grzecznie Prapusza. Był to Dziwoj Wygnaniec. Szukał miejsca do osiedlenia, gdyż musiał w pośpiechu opuścić przyzamkową wieś. Był kowalem, miał pełną głowę pomysłów i na swoje nieszczęście naraził się starszemu wioski stosując niewielką innowację w swojej kuźni, która spowodowała pożar ogarniający kilka chat i stodół. W tym budynki starszego wsi, który podburzył ludzi i Dziwoj wolał brać nogi za pas, niż odszkodować wszystkich mieszkańców. Żona Dziwoja była podobnego zdania. I tak wieś zamkowa straciła kowala i zielarkę, a Prapusz zyskał ciekawego sąsiada, który szybko pobudował się po drugiej stronie polany. Rodzina Prapusza była nawet zadowolona, bo im więcej ludzi tym raźniej w gromadzie.
Jesienią przybyło jeszcze kilka chat – osiedlił się Szymkor z rodziną, która była biegła zarówno w myśliwstwie jak i w rybactwie i budowie łodzi; na południowym krańcu polany wybudował chatę Plecha, nie mający równych w ciesielce i stolarce. Wiosną zaś przybyły Wizuny, liczna rodzina, składająca się głównie z kobiet i dzieci. Wizun, jak złośliwie stwierdzono, był jedynie robotny w łożu małżeńskim, a żył z przyzwyczajenia. Pracowały zaś żona i córki, od rana do nocy uprawiając ziemię i dbając o drób, hodowany w znacznej ilości.
I tak powstała wioska, której dumnym założycielem został Prapusz.

[ Dodano: 2010-05-10, 15:17 ]
Wielkie odkrycia Wizuna i Dziwoja, czyli awantura o godność wioskowego geniusza.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Wizunowi, siedzącemu na pniu do rąbania drew, przyszło na myśl, by popodglądać swoją kobietę pracującą w przydomowym ogrodzie. Oparł się więc o płot i patrzył zadowolony na wyraziste kształty Dobrochny pochylonej nad zagonem cebuli. Miłą oku obserwację przerwał Wizunowi dźwięk, który nigdy nie pojawiał się w okolicy. Przeciągły, smutny, o lekko wibrujących tonach. Nie był to ptak ani żadne znane Wizunowi zwierzę. Muzyczność i niezwykłość niemal go zahipnotyzowała. Wizun wziął dla bezpieczeństwa gruby kij, używany do podpierania wrót szopy i ruszył ostrożnie na poszukiwanie źródła owego dźwięku. Minął ogrodzenie swoich włości, poletko kapusty i zanurzył się w las. Wiatr poruszał gałęziami coraz silniej i zaczął kropić deszcz. Dźwięk nasilał się i słabł wraz z podmuchami. I nagle Wizun dostrzegł w półmroku, rozłamaną dziwacznie gałąź brzozy. Przez środek biegła szczelina, którą poranione drzewo usiłowało zasklepić żywicą. Wiatr wygrywał na niej ów dźwięk tak donośnie, że Wizun stał jak zaczarowany. Przyszli mu na myśl bogowie i cuda, o których opowiadali różni gędziarze. Gałąź była cudem samym w sobie. I wielkim darem. Oto las ofiarował Wizunowi muzykę.
Nie minęło dni pięć, a prapuszowa wioska wzbogaciła się o grajka. Wizun, wykonawszy zminiaturyzowaną replikę gałęzi bzu, umiejętnie dął w instrument całymi dniami. Uważał jego sporządzenie za wielki akt twórczy, podobnie jak komponowanie przygrywek. W mniemaniu Wizuna, stawiało go to na piedestale zarezerwowanym wyłącznie dla wielkich mędrców i osobistości. Do tego samego piedestału pretendował także inny mieszkaniec wioski.
Ukończywszy wioskową studnię, Dziwoj, Plecha i Szymkor zamierzali umocować przy niej drewnianego żurawia. dziwoj zaproponował jednak coś mniej kłopotliwego i wysiłkowego; z dumą umocował nad studnią wał z nawiniętym sznurem i korbą oraz mocny dwuuszny skopek, równo nabierający wodę i podjeżdżający do rąk i zrębu cembrowiny studni. Plecha zaopatrzył studnię w solidne zadaszenie i wszyscy byli zadowoleni. Najbardziej zaś Dziwoj, który zachwycony istotą wału i korby, jął przerabiać różne rzeczy w domu. Okna przysłonił plecionymi roletami, skonstruował podnoszone i opuszczane za pomocą korby i wału wejście na stryszek komórki. Pracował właśnie nad konstukcją dwóch niedużych wałków mogących służyć do wyciskania i spłaszczania czegoś, gdy usłyszał przechwałki Wizuna o jego umiejętnościach budowania i używania instrumentów muzycznych. Dziwoj nie widział w tym nic pożytecznego, w przeciwieństwie do swoich wynalazków! Domaganie się przez Wizuna hołdów z tytułu posiadania fujarki wydało się osobistą obrazą jego własnych dokonań i Dziwoj wpadł w szał. Nadszedł czas wojny sąsiedzkiej...
Ilekroć Wizun gwizdał i świstał donośnie swoje kompozycje, Wizun natychmiast zagłuszał go hałasując w swoim warsztacie i rycząc stare pieśni ojców.
Kury przestały się nieść.
Niemowlę Plechowej darło się od rana do nocy i nic nie pomagało, nawet zioła na kolki.
Krowa Szymkora straciła mleko i dwa razy uciekła do lasu.
Coś trzeba było robić... Mieszkańcy, z wyjątkiem zwaśnionych stron, zjawili się na naradę u Prapusza. Nikt nie chciał radykalnych rozwiązań, ale jakiegoś sposobu by powrócił spokój na polanie. Wcześniejsze próby rozmów z Wizunem i Dziwojem kończyły się fiaskiem a oni sami z dnia na dzień popadali w głębszy obłęd zaciętej eliminacji przeciwnika. Prapusz był w najlepszej sytuacji, bo mieszkając na samym skraju wioski ledwie słyszał hałasy. Jednak nie zwalniało go to od uczestniczenia w dramacie gromady. Kiedy już nic nikomu nie przychodziło do głowy, Prapusz zmęczony całą sytuacją, rzekł aby jemu sprawę zostawić. Rozeszli się więc ludzie do chat, z nadzieją rychłego zakończenia kłopotów.
Świtało, gdy Prapusz skończył wyplatanie dużego kosza i dopracowywanie planu. Usłyszawszy pierwsze odgłosy budzącej się wioski, niespiesznie ruszył w kierunku domostw Wizuna i Dziwoja.
I tak przy harmonijnej współpracy dwóch wielkich umysłów prapuszowej wioski, bogacze i kupcy z okolicznych miejscowości zamawiali u Wizuna i Dziwoja cenny, niezwykły instrument muzyczny wygrywający melodie w zależności od założonego wałka. Teraz wiecie, skąd wzięła się pianola. Nieprawda, że wymyślono ją wiele wieków później!

[ Dodano: 2010-05-10, 15:20 ]
:o na życzenie klienta kawę podajemy w szklance...

Czyli - jak zechcecie ciąg dalszy to służę uprzejmie.
_________________
Wszystko przemija prócz prawdziwej tęsknoty.

To nie czarny kot napotkany przynosi pecha, ale ciemny kmiot. A ludzie jak zwykle powtarzają tylko to co im wygodne!
 
 
rafi1972 



Wiek: 47
Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 12078
Skąd: Katowice
Wysłany: 2010-05-10, 17:36   

Mnie się podoba i chcę :>
_________________

 
 
Jolinek 



Wiek: 99
Dołączyła: 16 Lis 2008
Posty: 4251
Skąd: Polska
Wysłany: 2010-05-10, 17:37   

Wezmę tylko chipsy i czytam dalej :>
_________________
Nie ufam nikomu,
ufam tylko tym,
którzy na to zasłużyli
 
 
edi 



Wiek: 98
Dołączyła: 25 Sty 2009
Posty: 780
Skąd: Polska
Wysłany: 2010-05-10, 17:41   

ja chętnie poczytam ale wieczorem bo teraz to jestem na chwilkę :bezradny: :
_________________

 
 
Anet 



Wiek: 47
Dołączyła: 18 Cze 2007
Posty: 13768
Skąd: Ostrowiec Św.
Wysłany: 2010-05-10, 17:52   

mnie tez się podoba i :czeka:
_________________
.
Miłości do gór nauczyć się nie można. Trzeba je pokochać z samego siebie
.
 
 
Ama 
Czas na kawkę ;)



Wiek: 51
Dołączyła: 25 Kwi 2010
Posty: 2722
Skąd: Kraków i nie tylko
Wysłany: 2010-05-29, 13:10   

Wioska rozrastała się, plony obradzały a dzieci zaczynały bawić się w doktora. Czas mijał. Prapusz cieszył się, że osada tętni życiem a wszyscy jej mieszkańcy żyją spokojnie i dostatnio. Jednak nigdy nie ma tak, by idylla trwała wiecznie i nie kłuła innych w oczy. Pewnego dnia przybył do osady mnich Erazm, wysłannik biskupa. Przygotował sobie zacne kazanie, w którym zawstydzał żyjących w grzechu mieszkańców osady; grzech ten oparty był na braku więzi z kościołem. Ściślej, jak rozumował Prapusz, więzi kościelnego skarbca z sakiewkami potencjalnych wiernych. Prapuszowy ludek korzystał z posługi kapłańskiej przy ślubach i ostatnim pokropku, w razie potrzeby korzystano z odległej co prawda, ale jednak dostępnej parafii świętej Zyty. Mnich uparł się jednak, by wioska Prapusza wystawiła kaplicę, a ludność miała miejsce zboru, zaś ksiądz delegat mógł co niedziela odprawiać kazania i modły ku chwale bożej amen.
Kiedy wysłannik biskupa zarzucił swój imponujący brzuch na muła i odjechał, Prapusz zebrał mieszkańców, by się naradzić. Niewiasty były zachwycone prespektywą powstania kaplicy, ale do czasu: dopóki Dziwoj nie uparł się, że w sąsiedztwie porządnej wiejskiej kaplicy musi być porządna, wiejska karczma.
Wizun i Dzierasz poparli go entuzjastycznie. Decyzja zapadła.

Nie minęło kilka miesięcy, a między trzema rosłymi dębami, na skraju wsi stanęła karczma. Dzierasz mógł śmiało w tak zacnym miejscu sprzedawać swoje trunki, nie męcząc się z pijakami na progu domu; jednym słowem - awansował na karczmarza. Stara chata Dzierasza była teraz pobliskim magazynem i wytwórnią, a także kantorkiem. Interes szedł pełną parą, bo z sąsiednich Sosnolasek i Brydzina chłopi chętnie spotykali się w karczmie i dyskutowali do białego rana.
Mnich Erazm, przybywszy do osady Prapusza złapał się za głowę. Groził wszystkim wokół ogniem piekielnym. To nie spodobało się Dzieraszowi. No bo miejsce zboru funkcjonowało w najlepsze, zaś kaplicę trzeba będzie utrzymywać z datków, podczas gdy karczma utrzymuje się sama...
Prapusz wziął wzburzonego mnicha do swojej chaty. Długo pertraktowali. Dwa razy do roku biskup dostanie antałek dobrego leśnego miodu, zaś bracia zakonni beczkę ryb. Delegowany na niedziele dobrodziej, będzie mięć darmowy nocleg w karczmie i co tydzień w innej chacie odprawi modlitwy.
Wizun postarał się o małą sygnaturkę, którą powieszono nad bramą wjazdową do wioski. Stary Kudela ucieszył się, bo od dawna chciał mieć we wsi dzwon alarmowy, na wypadek pozaru czy najazdu zbójców. Nikt nie wytłumaczył staruszkowi prawdziwego przeznaczenia sygnaturki. Więc kiedy odezwała się w niedzielny poranek, Kudela w samych jeno gaciach biegał po wiosce z wiadrem na wodę i toporkiem,wypatrując pożogi. Z czasem przywyczajono go jakoś do niedzielnego dzwonu i nie wpadał już w stan gotowości bojowej.

W puszczńskim powietrzu znów unosił się dyskretny zapaszek idylli...
_________________
Wszystko przemija prócz prawdziwej tęsknoty.

To nie czarny kot napotkany przynosi pecha, ale ciemny kmiot. A ludzie jak zwykle powtarzają tylko to co im wygodne!
 
 
rafi1972 



Wiek: 47
Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 12078
Skąd: Katowice
Wysłany: 2010-05-29, 14:30   

:>
_________________

 
 
ola 
wiosenna :)



Dołączyła: 06 Lis 2007
Posty: 1638
Skąd: jeszcze Poznań...
Wysłany: 2010-05-29, 17:20   

Ama, prosze o jeszcze... :>
_________________

 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template junglebook v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
Blog Gry Escape The Room
Kopiowanie i rozpowszechnianie tekstów zamieszczonych na forum bez pisemnej zgody autorów
jest surowo zabronione, gdyż jest naruszeniem praw autorskich do solucji i poradników.
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 12