To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Escape The Room
Solucje do Gier Typu Escaperoom, Click and Point, Puzzle i przygodowych.

Sercem pisane - Mój diabeł, mój anioł

Bogda - 2010-07-19, 03:03

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Ama - 2010-07-19, 11:19

No to dziś w klimacie azjatyckim pociągnę... mianowicie o kung fu po polsku :oko:

Mój najwspanialszy Anioł, dzięki któremu mogłam zapuścić korzenie w Krakowie (ale to już inna opowieść) - Mareczek, jest osobą, która ma serce na dłoni; zawodowy psycholog, któremu życie wytyczyło inną drogę zawodową, ma zawsze kamienny spokój i specyficzne, ale naprawdę niezłe poczucie humoru. Pomaga ludziom, i tym "swoim" i obcym. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia zadzwoniła do niego staruszeczka, znajoma jakaś. No i użaliła mu się, bo posadziła w ogródku sporo warzyw, cukinie pięknie obrodziły ku jej radości, ale kuzyn co do niej przyjeżdża, niszczy je i nie pomagają napomnienia. Młodzian upodobał sobie cukinie do trenowania ciosów kung fu, jednym trzaśnięciem rozwala najdorodniejsze. Duży osiłek głupi jak but, no i coś trzeba zrobić...
Mareczek pojechał do staruszki, wybrał najdorodniejszą cukinię. Wydrążył, napełnił wodą, zaszpuntował zalawszy żywicą czy czymś tam. Następnie zamroził i tuż przed copopołudniową wizytą kung fu kuzyna, podłożył w ogrodzie. Być może nastąpiła kara niewspółmierna do winy (zależy ile dla kogo warte są cukinie), ale młodzik przywalił solidnie ciosem akurat w spreparowane warzywko, gips na łapie nosił siedem tygodni, a kiedy Mareczek zapytał go niewinnym głosem, jak tam cukinie pani Basi, czy już po zbiorze no i że nie ma jak dobrze usmażona cukinia, ten odparł wzdrygnąwszy się z obrzydzeniem :
"Cukinia?! Fu..."

:rotfl:

Nacka - 2010-07-19, 11:21

:rafi: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
ana555 - 2010-07-19, 11:24

:rotfl: :rotfl: :rotfl:
Anet - 2010-07-19, 15:20

podoba mi się :rafi:
Jolinek - 2010-07-20, 08:08

dobry pomysł :cwaniak: :hahaha: :hahaha: :hahaha:
Ama - 2010-07-20, 16:12

Zemsta anielicy-diablicy, czyli pięknym za nadobne...

Ania naprawdę stara się zawsze być miła, uczynna i uprzejma. Chętnie pomaga potrzebującym, ale bywa, że ktoś bezczelnie nadużywa aninej anielskości i wówczas może narazić się jej straszliwie...
Ania była zadręczana przez jedną znajomą swojej mamy, która - przekonawszy się, że dziewczę zrobi wszystko o co się poprosi, postanowiła wykorzystać to na maxa. A na dodatek była kierowniczką oddziału banku, w którym mama Ani dzielnie uzyskiwała potrzebne pożyczki, gdy nadchodziły kłopoty finansowe. Tak więc Anula dzielnie znosiła telefony pani Krysi. Dopilnowała malarzy remontujących domek na jej działce, odebrała samochodzik z naprawy bo "Aneczko, dziecko, taką mam migrenę, że za kółko nie wsiądę", sprzątała dom przed świętami, wysyłała kartki na poczcie, stojąc tam kilka godzin... wszystko za "dziękuję moje dziecko". Zbuntowala się w końcu. I odmówiła czegoś tam, mówiąc, że ma infekcję i idzie do lekarza. Potem jeszcze raz odmówiła. I rozpętało się piekło - natychmiastowa wykonalność kredytowa - "no co ja mogę, kochana, szef naciska", a dzięki znajomej znajomej znajomej pani Krysi Ania mogła zapomnieć o pracy, gdzie stażowała... Przyszła do mnie w potokach łez. Nie lubię, gdy płaczą moje anioły. Nie znoszę, gdy ktoś je wykorzystuje i gnębi...
Spisek nasz był wstrętny i obrzydliwy. Zły, zły, zły... :rafi:
Ania ukorzyła się, dzwoniąc do pani Krysi, że gdyby potrzebowała czegoś, to jak w dym może... Oczywiście, już od następnego popołudnia gnębicielka zaprzęgła Ankę do swojego życia. Ale byłyśmy już na to przygotowane.
I tak - w ciągu bodajże miesiąca nastąpiły precedensa:
- zamiana farby u fryzjera, zamiast brunetki, pracownicy i klienci PKO ujrzeli rudą małpę;
- utarcie i podmiana zawartości puszki tartej czekolady do kawy pani kierowniczki, czekoladki na przeczyszczenie jako wiórki cappucino zrobiły swoje parę razy w drodze do pracy, a korki na ulicach były...
- wsadzenie baby nie do tego pociągu co trzeba - pojechała ekspresem do Gdańska zamiast do Wrocławia i konferencję diabli wzięli.
Było jeszcze kilka pomniejszych sabotaży. W końcu Ania popłakała się pani Krysi, że ona przynosi pecha, złożyła samokrytykę bez przyznania się do podkładania świń.
Pani Krysia odpuściła. Pewnie także dlatego, że do bloku obok niej wprowadził się uroczy młodzieniec, syn znajomej, który zaoferował pani Krysi pomoc sąsiedzką...
Czasem wspominamy te akcje z panią Krysią, gdy ktoś opowiada nam o takich wampirach. Ale chyba nie będziemy z Anią doradzać, jak się pozbyć wrzoda... :lol:

szyszunia - 2010-07-20, 16:24

dobre z Was sabotazystki, jak bede potrzebowala pomocy pedzem do was :hihi:
Jolinek - 2010-07-20, 17:49

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Anet - 2010-07-20, 18:27

niezłe byłyście :rafi: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Nacka - 2010-07-20, 18:57

:rafi: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Ann - 2010-07-20, 18:58

:oko: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
ana555 - 2010-07-20, 20:09

ale diablice :rafi: :rotfl:
Ama - 2010-07-22, 16:36

Pan Chrzan, bardzo miły staruszek sprzątający cieciowo nasz blok (zwany przez nas Aniołem) w taką upalną pogodę mówił wierszyk:

Jak przyjemnie usiąść w lecie na kibelku, sami wiecie...
Słonko praży, wietrzyk dmucha, a nad g.....em krąży mucha.

Dalej nie pamiętam, ale coś było. No ale ja o panu Chrzanie. Prawdziwy blokowy anioł. Ponad 60 mieszkań w bloku, a on znał wszystkich lokatorów. Jak wyjeżdżali, kwiaty podlewał, żywinę karmił, mieszkania wietrzył. Zawsze miał klucz zapasowy i dobre słowo. Nie można było powiedzieć, że jakaś robota jest do chrzanu, bo wszystko co robił było perfekt! :D
Mówiło się natomiast: jak sprawa przesrana, biegnij po Chrzana.

Kiedy zmarł, służbowe mieszkanie zajął ktoś, kto niby miał być następnym cieciem, ale wiecie jak to jest...
Potem administrator zatrudnił kogoś na przychodne.
Dziś prawdziwych cieciów już nie ma, a szkoda. Bo to była najważniejsza osoba w bloku, pierwsza pomoc w wypadkach, informacja i powiernik w jednym.
A taak mi się dziś pan Chrzan przypomniał, bo w moim bloku jest remont garażu i papronie zniszczyli kawał trawnika, tuje, zalali wodą pół przyziemia i nikt ich nie pilnuje. Pan Chrzan by się przydał, a nie dziwny administrator z agencji zarządzającej budynkami...

Jolinek - 2010-07-22, 17:13

tak to już jest , mówi się że ...nie ma ludzi niezastąpionych .. ale to TYLKO teoria ...... :bezradny:
Ama - 2010-07-22, 19:46

Nasza Cudowna Pani Babcia, czyli Anioły są na tym świecie...

Przyszła do nas leczyć kota. Jeśli miałabym wyobrazić sobie wygląd babci idealnej, pani Kasia z pewnością stanowi 100% tego wyobrażenia: powiem krótko - góra dobroci.

Firma raczkowała, wspólniczka małża ją okradła, więc do spłaty została nam kupa długu, klienci nie dopisywali i klepaliśmy bidę. Żyliśmy na bagietkach i herbacie bez cukru, i to tygodniami... pracowaliśmy kilkanaście godzin dziennie i żeby nie czuć głodu i zmartwień, czytaliśmy pożyczone książki. Ile tego było, cały Sapkowski i nie tylko...
Pani babcia dyskretnie i stanowczo podrzucała nam prowiant - drożdżówki, "a takie tam drobne zakupki". Wpadała "przypadkiem".
Robi to i dziś, nie wiemy skąd wie, że nasz okręt właśnie nabiera wody! Pojawia się jak duch - to z zakupami na cały tydzień, to z książkami, których kupna zawsze sobie odmówimy ze łzami w oczach, to odbierze mnie ze szpitala, gdy małż nie ma jak, przybiegnie gdy mamy nóż na gardle i nie ma co akurat zrobić z psem... Zjawia się znikąd, to niesamowita zdolność...
Nieraz próbowaliśmy protestować, ale nie chcemy dostać laską po łbach. Pani Babcia nosi laseczkę z szykiem, jako swoisty sztandar wieku... jest arystokratką z dziada pradziada, na dożywotniej rencie jednego z europejskich księstw. Nie ma na świecie nikogo, poza kotem i zwariowanym kuzynem, niemal stuletnim "piszącym memuary rodziny". Możemy jedynie wierzyć, że gdy będzie potrzebować pomocy, staniemy u jej boku jak rodzone dzieci... Bardzo ją kochamy a ona powiedziała wprost, że "ktoś musi dopilnować jej pochówku na tym świecie i zająć się kotem" - to doprawdy skromne wymagania... i to raczej ujęte w specyficzne poczucie humoru; podobnie jak powiedzenie: zaszalałam, kupiłam wam dzieciaki, bo waluty wysoko stoją a to takie grackie firaneczki". Pani Babcia podróżuje sobie gdzie chce, na miarę możliwości, wynajmuje sobie lokum w Krakowie, tłumaczy literaturę z kilku języków, tonami czyta o kulturze Dalekiego Wschodu, jest zdeklarowaną ateistką i republikanką. Działa w fundacjach i towarzystwach na rzecz zwierząt, pomaga ludziom... Jest niesamowicie energetyczna i pogodna, pełno jej wszędzie a jednocześnie - nikomu się nie narzuca, nikogo nie krępuje. Cóż, jako Anioł przede wszystkim - jest ona zadziwiającym zjawiskiem i absolutnie cudowną istotą... Czy uwierzycie, że zawoziła nietoperze do specjalnego azylu, bo kilka zimą obudziło się i spadło AKURAT NA JEJ PARAPET? Wiedziały, komu spaść na okno... :oko:

Nacka - 2010-07-22, 22:16

kurcze nie znam nikogo takiego :( dobrze Ama że nam to opowiadasz, może ktoś teraz zbudzi anioła w sobie :>
marzena - 2010-07-22, 22:30

Zazdroszczę Ci takiej Anielskiej Babci ....Moje dwie najukochańsze Babunie już odeszły dawno temu :beczy:
Ama - 2010-07-23, 12:33

Nigdy nie myślałam, że wokół mnie jest tylu Skrzydlatych i Uskrzydlonych. Ja ich po prostu nie dostrzegałam...
ola - 2010-07-25, 15:48

taka mnie naszła refleksja, że prawdziwe Anioły są niewidzialne... :)
Ama - 2010-07-25, 19:20

Kiedy chcą...

[ Dodano: 2010-07-26, 14:13 ]
Anioł z połamanymi skrzydłami...

Stało się - Pani Babcia w szpitalu. W nocy poszła po swojego kota, no i zwaliła się ze schodów. Prawa ręka połamana w kilku miejscach...
Pojechaliśmy do szpitala i przyznam, że nie byłam tak przerażona Babcią, co warunkami na urazówce! Śmierdzący kibel z umywalką bez kranu; w sąsiednim woda przy prysznicu, ale tylko zimna...
Syfilis malaris.
Pielęgniarka ze starym glukometrem, nawet nie przeciera tego aparaciku ani miejsc nakłucia, tylko od pacjenta do pacjenta - bada cukier. :\ O HIV i HCV chyba nikt tu nie słyszał!!!
Stare łóżka, na których nie ma materacy, które można przetrzeć - chamska gąbka, żółta jak zęby palacza. Jeśli komuś uleje się z basenu albo popuści pod siebie, no to trudno...
Na sali z Panią Babcią lezy młodziutka dziewczyna na wyciągu i staruszka. Na trzy unieruchomione kobiety są dwa dzwonki; zresztą, nawet jak się zadzwoni, to reakcja personelu jest często żadna.
Salowa przynosi kolację: kromkę chleba ze śladem mazidła i plasterkiem twarogu.

Jestem wstrząśnięta: w moim szpitalu takich rzeczy nie widziałam, wiem też, że pieniądze szpitale dostają takie same, tylko jedne dysponują nimi z sensem, szukają sponsorów, mają odpowiedzialny personel, a w innych szpitalach jest horror. Pielęgniarki same mi mówiły, że z "bidnych" szpitali wynosi się środki czystości, kiełbasę, masło, nowe prześcieradła...

Nie mam dokąd zabrać Babci, zresztą - trafiła na dobrych lekarzy, jutro operacja zespalania kości. Podrzuciliśmy jej nasz glukometr, ręczniki, chusteczki wilgotne do higieny, inne pierdoły - żeby tylko jakoś wytrzymała te parę dni.

Nie dam nikomu "w kieszonkę", bo tak naprawdę, nikt tam nie zasługuje na kopertki, a zresztą brzydzę się łapówkami. Przez kilka lat życia w szpitalach i klinikach nie dawałam, a miałam opiekę perfekt!

Ściska mi się serce, gdy myślę o tych zakażeniach szpitalnych, skazywaniu kogoś na śmierć tylko dlatego, że nikomu się nie chce porządnie wypełnić obowiązków: salowej, pielęgniarki, oddziałowej, administratora, pani z Sanepidu, ordynatora...
Płacimy wysokie składki, idziemy do szpitala po ratunek, po życie. I jak zwykle - nadzieja matką głupich.

[ Dodano: 2010-07-31, 20:43 ]
Podobno miłość młodzieńcza jest najszybszą windą z niebios do piekieł...
Gdy byłam piękna i młoda (teraz ino młoda jestem), to uczucie do płci przeciwnej padało na człowieka jak rażenie gromem... pamiętacie tę chwilę? Na widok obiektu uczuć - suchość w gardle, nerwowość, mokre ręce, gorąco oblewające aż do stóp... czasem chichot lub spuszczenie oczu ;)
Te oczekiwania na telefon, na to czy podejdzie...
Analizowanie tematu dowiodło mi, że guzik prawda z tym, iż: facet jest wzrokowcem a kobieta nie.
Dowód pierwszy na kłamliwość tej tezy jest taki, że kobieta jest jeszcze lepszym wzrokowcem - w życiu nie umówi się na randkę z kimś co nosi żalobę za paznokciami, ma niechlujny fryz z przetłuszczonych włosów i "plastikowe" nieświeże skarpetki...
Dowód drugi to fakt, że w czasach moich pierwszych erotycznych fascynacji faceci, którzy starali się "wyrwać laskę" upodabniali się fryzurą i stylem do Limahla, Grzesia Ciechowskiego czy kogoś z A-ha, Pet Shop Boys itp. Działało bez pudła a laski słały się im u stóp, choć były to podróbki idoli, czasem gorsze od chińskiej współczesnej tandety, albowiem ciupaga z Pekinu jest bardziej oryginalna niż chłopak uczesany na idola a nie umiejący wykrzesać z siebie nutki wrażliwości i romantyzmu...
Ból odrzuconej miłości czy rozczarowanie podróbką było niemal codziennością. Te zwierzenia przyjaciółkom, łzy, a potem... kolejne olśnienie.
A potem nadeszła dorosłość.

[ Dodano: 2010-08-19, 16:02 ]
Odwiedził mnie mój anielski diaboła, Maruś. Pogadaliśmy o tym i owym, po czym Maruś zrobił minę psocącego chłopca i rzecze:
- Sam się wstydzę za siebie. Straszne świństwa ludziom robię.
-Ty?!! Przecież nie jesteś zdolny krzywdzić ludzi...
- Tam zaraz krzywdzić. No ale świństwa im robię.
- Komu?
-Szefowej...
Maruś pracuje z dość trudną szefową. Baba wyżywa się na wszystkich pracownikach, zwłaszcza w "czerwone dzionki". Więc jak on tylko ma okazję, dzwoni do niej (odbiera sekretarka) albo do dyspozytorni firmy (Dział Obsługi Klienta) i zmienionym głosem, w roli wściekłego klienta żąda natychmiastowego przyjazdu i wykonania usługi. Ponieważ do rozwścieczonych klientów jeździ Maruś, urok osobisty i magisterium z psychologii, to jest w stanie np. połączyć przyjemne z pożytecznym i pozałatwiać sobie sprawy na mieście. Nie napiszę wam w jakiej to instytucji pracuje mój anielski diaboła, ale też jej nie lubię. I cieszę się, że Maruś wpadł na ten pomysł. Podobno szefowa jest podłamana. Nie dziwię się, skoro Maruś dobrze udaje głos znanego jej prezydenta miasta albo komendanta policji, z którymi niewiasta musi układać należytą współpracę...
:wacko: :szok2: :rotfl:


[ Dodano: 2011-03-23, 18:42 ]
:serce: :too sad: :serce: :too sad: :serce: :too sad: :serce: :too sad: :serce: :too sad: :serce: :too sad:

O szóstej obudził nas telefon. Tata nie żyje. W jednej chwili znalazłam się w wielkiej próżni, jakby ktoś wyssał powietrze z domu...
Nie było czasu na rozpacz. Może i lepiej? Jadąc przez całą Polskę na pogrzeb Taty, nie wiedziałam jak dziwny scenariusz napisze życie i że nie dane mi będzie iść w kondukcie.
W przeddzień pogrzebu zaczęła zjeżdżać rodzina, przyjaciele i znajomi. Wszyscy lokowali się w hotelu lub domu cioci. Ciocia ma na posesji dwa domy, w jednym z nich kiedyś funkcjonowała restauracja, dlatego wszelkie uroczystości typu zjazd rodzinny były zawsze tam. Miała tam też odbyć się konsolacja.
Ale nazajutrz o świcie okazało się, że na tym świecie nic nie jest pewne. Ukochany syn cioci Karuś, sprowadziwszy się do domu z restauracją parę dni wcześniej, zaprezentował fochy; jedna z ciotek tak się wściekła, że rozwaliła samochód chcąc go przeparkować z dala od urażonego zakłócaniem mu spokoju 30-letniego dzieciątka. Dwie godziny do pogrzebu a tu ani prowiantu, ani konsolacji. Za późno na wynajęcie lokalu. Mama w szoku, siostra nie do rzeczy i w panice. Sodoma i Gomora!
Wypchnąwszy wszystkich na mszę i na cmentarz, poprosiłam tylko jednego z moich kochanych kuzynków, by jako pierwszy jechał do domu z cmentarza i choćby nie wiem jak go pospieszano, wlókł się z biesiadnikami, żebym zyskała trochę czasu. I niech mi da znać ile osób przyjeżdża. W domu rodziców zestawiłam stoły na szwedzki stół, zapewniłąm miejsca siedzące, przywiezione z pobliskiego sklepiku wiktuały jęłam pospiesznie zamieniać w porządne menu. Jakbym nie liczyła, wychodziło mi około 30 gości, więc roboty było sporo, nawet dla mnie, będącej wprawioną w kucharzenie. Nie obyło się bez kilku incydentów, zwarzył mi się żurek i musiałam zrobić restart, na szczęście miałam z czego. Mam niesprawne ręce, więc jak zaczęły mi za szybko puchnąć, wpadłam biegiem do wc po zastrzyk przeciwzakrzepowy. Pechowo trafiłam w duże naczynie, krwią zachlapałam pół łazienki, z rolką papieru toaletowego przy brzuchu, na klęczkach sprzątałam kibel klnąc na czym świat stoi. A potem ekspresowym tempem nadrabiałam czas w kuchni. Goście przyjechali z pogrzebu gdy kroiłam ostatnie porcje ciasta i parzyłam kawę...
Nie wiem do dziś, jak zdążyłam w ciągu 3 godzin. Jaja w majonezie, sałatki, śledzie, żurek z kiełbasą, wędliny i ciasta, napoje. Najdłuższą mordęgę miałam z wycieraniem szkła, bo nijak jest to robić z niedowładem palców i rękami napompowanymi jak banie. Ale adrenalina robi cuda, bo jakoś mi się udało nic nie stłuc... zwłaszcza że część zastawy była pożyczona na biegu i mokra od pospiesznego mycia i niedosuszona.
Atmosfera przyjęcia była fajna, pogodna, jak nie ostatnie pożegnanie. Dobrze, że wszyscy pamiętali, że Tata był zawsze wesołym, pogodnym człowiekiem, nigdy nie lubił ciężkich klimatów.

Nazajutrz poszłam na Jego grób. Stojąc nad nim, pomyślałam, że Tata odszedł jak chciał - we śnie, w dzień św. Patryka - święto piwoszy, a tak lubił mocne ciemne!
Pewnie będzie zza chmur opiekował się nami, ten nasz Tata Szalony, Tata Pogodny.


Tego dnia przyjechał na moment z Niemiec do domu cioci jeden z kuzynów, chrześniak Taty. Nie będę się rozpisywać, ale po prostu i zwyczajnie, dał Karusiowi po męsku, w mordę.

Anet - 2011-03-25, 18:35

jak ja tu dawno nie byłam, zlały ci sie posty i nikt tego nie widział

No tak, zamieniłas się w kucharkę w tym szczególnym dniu :( :( :(

Nacka - 2011-03-25, 18:50

rodziny się nie wybiera :bezradny: chyba w każdej są "przesympatyczni" :\
rafi1972 - 2011-03-25, 19:42

:(
ana555 - 2011-03-26, 13:50

cholernie się wzruszyłam :( :beczy:

bardzo kocham mojego Tatę i nie wyobrażam sobie że mogło by go nie być :(

Ama - 2011-03-26, 14:11

Ostatnio dużo o Nim myślę. Wspominam jego śmiech, dowcipasy, jak robił ogrodowe płotki, otaczał się wszelkimi zwierzakami, grillował, czy rozmawiał z nami... Wtedy w gardle rośnie mi wielki twardy kartofel. No bo jak to jest - był i nagle go nie ma. I nie będzie. Nie odbierze telefonu, nie zasiądzie do stołu...
Dopiero gdy pożegna się kogoś na zawsze, dostrzega się, ile miejsca zajmował w naszym sercu i w naszej głowie. No i trzeba dalej żyć, zapełniać poczucie pustki i tęsknotę. Niby wiemy, że każdy kiedyś odejdzie, przeżyjemy śmierć naszych dziadków i rodziców. Ale mimo tej wiedzy - przygotować się na to nie sposób.

ana555, cóż mogę więcej powiedzieć... wypełniaj z Tatą jak najwięcej chwil, by później mieć dużo fajnych wspomnień i poczucie, że spędziliście razem kupę czasu.

ana555 - 2011-03-26, 14:25

Ama, wypełniam każdą chwilę w miarę możliwości :taak: :)
tygrys - 2011-03-26, 16:03

:( :( :(


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group